Nikt nie respektuje tu sygnalizacji świetlnej, obowiązującego kierunku ruchu, czy nawet przejść dla pieszych. Powody są dwa.
Po pierwsze, każdy Wietnamczyk od dziecka słyszy, że kolor czerwony to kolor socjalizmu, zwycięstwa i partii, a te nie zatrzymują się przed przeciwnościami losu, lecz pokonują przebojem wszelkie pojawiające się na ich drodze przeszkody. Nikt więc nie respektuje takiej błahostki, jak czerwone światło na przejściu.
Po drugie, Wietnamczycy nie znają poczucia strachu – wierzą, że skoro nie pokonali ich Mongołowie, Chińczycy, Francuzi ani nawet Amerykanie, nie pokona ich nikt, cóż znaczy więc jadący w ich stronę samochód. Wydawać się może, że na ulicy obowiązuje prawo silniejszego, ale to tylko nasza, europejska logika.
Kiedy chce się przejść przez ulicę, po której płynie nieprzerwana rzeka pojazdów, wystarczy zapomnieć o strachu, zamknąć oczy i przejść nie zatrzymując się pod żadnym pozorem. Pędzące pojazdy jakimś niezrozumiałym cudem potrafią ominąć piechura. I tu dają znać o sobie zakorzenione w wietnamskim prawie zwyczaje.
Jeżeli dojdzie do jakiegoś wypadku, winę ponosi ten, kto jest… silniejszy. Gdy samochód potrąci kierowcę skutera, winny będzie zawsze samochód. Kierowca skutera poniesie za to winę w przypadku kraksy z rowerzystą lub pieszym. W ten prosty sposób w Wietnamie… niemal nie ma wypadków. Każdy kto kieruje potencjalnie niebezpiecznym dla innych pojazdem, po prostu musi uważać. Cała frustracja kierowców idzie dosłownie… w gwizdek – klaksony, które Wietnamczycy mają w swoich pojazdach, są chyba najgłośniejsze na świecie.

dobre :) niezłe mają prawo :)
OdpowiedzUsuń